Parkowa sielanka.

Wzloty i upadki, ot co mnie definiuje najbardziej. Czasem jest lepiej, a czasem gorzej, czasami to w ogóle średnio da się zorientować jak jest - z pozycji kolan. Moje życie nie wygląda jak ten obrazek z Cannes, choć nie ukrywam, nie pogardziłabym taką czerwoną wycieraczką. Tak, tak zapraszam, transmisja prawie na żywo z moich chwil na ziemskich padole na fejsbuku i innych snapczatach. Tak jak inni przecież staram się kreować własną wizję siebie, troszkę bardziej smukłą, tu i ówdzie podciągniętą filtrem przedniej kamerki...

Ostatnio postanowiłam odwiedzić park, niedaleko mojego mieszkania. No taaak, ja wiem, że sesja, że praca, zajęcia i tyle na głowie - a ja idę sobie poleżeć na słońcu. Wydaje mi się jednak to niezbędne, bo mimo że staram się codziennie znaleźć choć chwilkę czasu na leniuchowanie, to jednak takie weekendowe opalanko na trawie doskonale daje odpocząć półkulom mózgowym. Moja blada skóra przypłaciła to późniejszym bólem, ponieważ delikatnie mówiąc zaczęła wyglądać jak podpieczony buraczek. Do tej pory to odchorowuję.
Powiem Wam, że to całe leniuchowanie nie było całkowicie bezowocne. Oprócz wchłonięcia sporej porcji przepysznych lodów (tak, wiem, nie powinnam) i oprócz spalenia sobie ciała od czoła do kolan (wam też się nie opalają łydki?) to byłam zaszczycona, że pozwolono mi być anonimowym obserwatorem scen pod wielkim drzewem.
A więc, w cieniu pod wielkim drzewem, jakieś pół godziny po mnie, umiejscowiła swoje leżaczki, wózeczki i kocyki urocza rodzinka. Młoda mama, prawie supermodelka, przesunęła jednak swój leżaczek odrobinę na słońce i nonszalancko założyła swoje markowe okulary przeciwsłoneczne. Promiennie uśmiechała się do swojego męża - choć w tych czasach ślub nie jest oczywisty - który dzielnie dzierżył małą kopie siebie. Po jej prawej przycupnęła kilka lat starsza, choć nadal młoda i piękna, kobieta. Ta natomiast, zaczęła z pewnością niezwykle ważną dyskusję z dwiema dziewczynkami w wieku około 8-12 lat. Wszyscy uśmiechnięci, wyspani, najedzeni. Sielanka. Dzielny ojciec postanowił dać powędrować swojemu podopiecznemu po świeżo skoszonej trawie, aby samemu rozłożyć kolejny kocyk. Rozłożony na wietrze musiał przypominać dziewczynkom pelerynę supermena lub spadochron, bo uznały, że schowanie się pod nim będzie najśmieszniejsze pod słońcem. Tatuś żwawo zdejmował z głów blondynek kocyk, aby zaraz znowu go podrzucić. Na całą sytuację patrzył malutki berbeć, który odraczkował trochę i znalazł się na słońcu. Za pewne nie wiedział o co chodzi z tym całym spadaniem kocyka na głowę, ale skoro oni się śmieją to i on się pośmieje i zaczął ku nim wędrówkę. Cała akcja powtórzyła się kilka razy, by w końcu zsapany rodzic nie rzucił kocyka na trawkę i błyskawicznie siebie na nim. To musiał być jakiś pokaz poddańczy, bo wywołał niemałą salwę śmiechu, który mogłam słyszeć wyraźnie nawet na swojej części trawki. A później? Później podrzucał małego chłopca do góry tak długo, aż temu się to znudziło, aby zamienić zabawę na urocze dmuchanie w goły brzuszek malucha.

Może nie jestem mistrzynią w przybliżaniu istoty takich widowisk, ale nie mogłam tego nie opisać. Ta sielanka - było to najpiękniejsze co widziałam w ostatnim czasie. W mieście wyzbytym z subtelności znalazłam chwilę słodyczy. I wiecie co? Ja, pozbawiona dobrych męskich wzorców, strasznie im zazdrościłam. Gratulowałam w duchu młodemu tacie, że pokazuje dziecku jak bardzo je kocha i modliłam się cicho, abym potrafiła sama stworzyć kiedyś taki obrazek z miłością mojego życia.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Przegryzłam tę herbacianą rzeczywiśtość.

Thank you. Red bull, google, vodka and wikipedia for making this possible