Posty

Niewiadoma X.

Najstraszniejsze są te równania z wiadomą, której nie chcemy przyjąć do wiadomości. I to właśnie nas spotkało, choć przysięgam, w tamtej z chwil byliśmy nieskończonością.

      Czasem poczucie bezsensu budzi w ludziach jakąś niewysłowioną wolę walki o zmianę. Jest jesień, a Ty stoisz na wybrukowanym chodniku, obok przystanku. Nie wyjmujesz papierosa, choć pasował by do tego obrazka. Nie palisz. Krzyżujesz ramiona i próbujesz schować się do środka siebie. Nie wiesz jak udało Ci się przetrwać kolejny dzień, jak udało Ci się wykrzesać entuzjazm zamiast jedynie cicho egzystować. Ale teraz, kiedy już wyszłaś z pracy, schowałaś brudne dłonie do ciepłego płaszcza, zaczynasz sobie przypominać wszystko co wyparłaś jakieś 10 godzin temu. Wiatr, który wieje ostatnio codziennie z siłą mini huraganu wydaje się teraz tylko smyrać Cię delikatnie. Chyba przycichł. Może on też już nie ma siły?
     Nieważne. Stoisz, zamknięta w sobie, lekko zdezorientowana tym, że świat jeszcze nie umarł. Chyba wyglądas…

Że miłość wystarczy..

Tak strasznie trudno mi się pozbierać, odnaleźć w tym co się dzieje. Dzisiaj znowu czuje się zraniona, choć przecież obiecałam sobie, że do tego nie dopuszczę. Wcześniej dałabym wszystko za to, by być z tym, który otoczył mnie całym sobą.. Wobec niego moje serce rosło do ogromnych rozmiarów, wobec niego też moje emocje szalały. Czułam się zależna, bo taka byłam. Cała dla niego. Każdy najmniejszy mój błąd przypłacałam niebotycznym poczuciem winy i tonami łez, natomiast jego ciosy w stosunku do mnie umniejszałam, nie chcąc stracić tego za co mogłabym oddać życie. Byłam skłonna wybaczyć mu jego błędy, nawet nie do końca będąc tego świadoma, bo chciałam aby mnie kochał i pożądał. Chciałam być dla niego najważniejsza, tak jak on był dla mnie. Jego dotyk był jak lekarstwo, którego dawkował mi coraz mniej i za coraz większą cenę. Tak, byłam samodzielną, młodą dziewczyną, ale tylko w granicach, które on mi wyznaczył. Byłam jego własnością, coraz bardziej kruchą - odporną na cały świat po za n…

Ostatnio mam mega słabe pomysły na tytuły.

Jak to jest? Czy to już kryzys wieku dorosłego? Niemożliwe, przecież ja tak bardzo lubię to życie. Lubie kiedy muszę się starać o swoje, kiedy muszę załatwić moje sprawy, kupić to i tamto, zadbać o te i te rzeczy,  mieć wszystko zaplanowane i lubię to całe "pro aktywne" działanie. Naprawdę czerpię satysfakcję z poznawania nowego, chodzenia na wernisaże, po galeriach, na wolontariaty i na koncerty...
Dlaczego więc, nie jestem w stanie wykrzesać z siebie teraz ani ociupiny motywacji? Jezus Maria, jakie to jest dołujące.. Chciałabym pójść do kina na zaktualizowaną wersję filmową epopei "Pana Tadeusza" Andrzeja Wajdy, gdzie piękna czternastoletnia dopiero Alicja Bachleda-Curuś gra Zosię. Chciałabym zaczynać dzień od owsianki, kawy i gazety, a kończyć wieczornym wydaniem wiadomości. Chciałabym po prostu dziękować za każdy przeżyty dzień, gdy każdy kończyłby się uśmiechem na mojej twarzy. Ale nie mogę..

W ogóle, wiecie co? Dostałam bardzo mądrą książkę od mojej najlepszej…

Stagnacja.

Myślę, że większość ludzi na świecie doskonale zna to uczucie. Kiedy mam dzień wolny to zamiast go fajnie wykorzystać to ja śpię do oporu, piję kawę w łóżku na pusty żołądek, chociaż wiem jakie to niezdrowe. Moja wewnętrzna fitgirl krzyczy na mnie, że przecież mam czas na śniadanie, więc powinnam ruszyć tyłek do kuchni - ja natomiast wielkodusznie opiekuje się moim miasteczkiem w ściągniętych na smartphona simsach. Oczywiście, że mogłabym poczytać poranne wiadomości z kraju i ze świata, stworzyć jakąś fajną poranną rutynę, na przykład pójść na jogging i wypić szklankę wody z cytryną, miodem i pieprzem cayenne lub pomedytować. Ale wtedy właśnie przeciągam się i patrzę na pogodę za oknem, która tak ogromnie demotywuje swoją szarością, że postanawiam po raz drugi w tym tygodniu zacząć być fit od jutra - a jest dopiero wtorek.
Bardzo polubiłam się z moim telefonem, choć wcześniej myślałam, że niemożliwością jest zastąpienie androida ios'em. Nie rozstajemy się na dłużej niż 20 min, bo …

Parkowa sielanka.

Wzloty i upadki, ot co mnie definiuje najbardziej. Czasem jest lepiej, a czasem gorzej, czasami to w ogóle średnio da się zorientować jak jest - z pozycji kolan. Moje życie nie wygląda jak ten obrazek z Cannes, choć nie ukrywam, nie pogardziłabym taką czerwoną wycieraczką. Tak, tak zapraszam, transmisja prawie na żywo z moich chwil na ziemskich padole na fejsbuku i innych snapczatach. Tak jak inni przecież staram się kreować własną wizję siebie, troszkę bardziej smukłą, tu i ówdzie podciągniętą filtrem przedniej kamerki...

Ostatnio postanowiłam odwiedzić park, niedaleko mojego mieszkania. No taaak, ja wiem, że sesja, że praca, zajęcia i tyle na głowie - a ja idę sobie poleżeć na słońcu. Wydaje mi się jednak to niezbędne, bo mimo że staram się codziennie znaleźć choć chwilkę czasu na leniuchowanie, to jednak takie weekendowe opalanko na trawie doskonale daje odpocząć półkulom mózgowym. Moja blada skóra przypłaciła to późniejszym bólem, ponieważ delikatnie mówiąc zaczęła wyglądać jak po…

Z reguły odbiegamy od reguły.

Podobno bycie zorganizowanym to cecha jedynie wybitnych. Teraźniejszość wymaga od nas, abyśmy za nic na świecie nie ośmielili się tracić czasu. Kiedyś mieliśmy tylko kilka celów, dzisiaj jesteśmy przybici do zegarków, z tyłu głowy mamy wyryty plan do zrealizowania, na już. Plan rozciągający się jak gumka do spodni, bo jeszcze i jeszcze, bo nasz wewnętrzny exel przecież nadal ma kilka wolnych rubryczek.

Czy jeśli prowadzę kalendarz, to jestem osobą zorganizowaną? A może Basia i Kasia w tym tygodniu więcej razy były na treningu? A może dotarły na tę nową wystawę w galerii? A czy Asia, która wyjechała na wschód bawi się lepiej niż ja, która siedzę w domu?
Jeju, to strasznie męczące, nawet kiedy o tym piszę. Jednak atakowana przez media wszelkimi nowinkami zaczynam czuć, że mam symptomy tych wszystkich FOMO "fear of missing out", że powinnam wiedzieć co w tym tygodniu jest "postprawdą" i że powinnam ułożyć swoje życie w stylu "hygge" i praktykować sztukę byci…

Źródełko inspiracji

Znowu nie wiadomo jak zacząć.. czy od tego, jak bardzo szaro-niebieskie oczy wytrącają mnie z równowagi, czy jak sama się z niej wytrącam obsesyjnym, kompulsywnym wręcz pragnieniem posiadania kogoś kto by mnie potrzymał za rękę. Chyba idę pod prąd. Bo owszem, ja muszę tracić benzynę na tak zbędne rzeczy, jak powitania, pożegnania, buziaki, podawania ręki, uściski. Ja analizuje te sytuacje, obracam je w głowie, myślę o nich. Ja nie jestem odpoczynkiem. Nie jestem spacerem. Powiedziałabym raczej, że jestem jakimś niekończącym się maratonem, z triathlonem jako rozgrzewką. Pytanie pozostaje, któż by potrafił przy mnie wytrwać?

Znacie to? "Jeśli ktoś lub coś ma Cię zaskoczyć, i tak to zrobi, nieważne, jak nerwowo będziesz się rozglądał, jak cicho będziesz szedł, na ile zamków zamykał drzwi." Miłość tak właśnie zaskakuje..


do I run? yes, out of patience, fucks and money